Archiwum Teatrów Studenckich

Zdzisaw Hejduk: Teatr nie dla teatru

Zakłada się powszechnie, że teatr winien być terenem realizacji wielu ważnych po­stulatów społeczno-wychowawczych. Dzie­je się tak jednak tylko wówczas, kiedy po­dejmuje on odważnie, do końca, problemy swoich czasów, kiedy staje się miejscem ideowego sporu o kształt rzeczywistości, w której funkcjonuje, kiedy nie zgadza się na zastany porządek świata – wierząc, że jego pierwszym zadaniem jest porządek ten doskonalić.

Zadania tego nie wypełnia – w moim przekonaniu –  teatr profesjonalny. Mó­wiąc ściślej, wypełnia je w stopniu niedo­statecznym. Miejsce twórczego niepokoju zajęło w nim bowiem – bezkonfliktowe zdobnictwo rzeczywistości, bezpieczne dy­wagacje o kondycji ludzkiej w ogóle, czy też mozolne „odrabianie” klasyki. Jeżeli już nawet pojawia się w nim coś na zamówie­nie ideowe naszych dni, najczęściej nie ma to prawie nic wspólnego z prawdą o nas i naszej rzeczywistości. Teatr zamiast kore­spondować z życiem, po prostu je przyoz­dabia i retuszuje. Nic więc dziwnego, że spora część społeczeństwa odwraca się od teatru, nie znajdując w nim zaspokojenia swych oczekiwań.

Gdyby reakcja powyższa wyczerpywała cały zakres niebezpieczeństwa, które ku­muluje się w świadomości społecznej wskutek takiej właśnie, a nie innej jego działalności, można byłoby nawet cieszyć się z tego powodu, bowiem odwrót od te­atru bezideowego wydaje się oznaką spo­łecznego zdrowia. Niestety, odejście części publiczności z teatru nie załatwia proble­mu. Pozostaje kwestia wygodnictwa, a ra­czej gnuśności współczesnego widza.

Przez dziesiątki lat teatr przyzwyczajał swego odbiorcę do lenistwa. Mizdrzył się przed nim i prześcigał w dostarczaniu wygód. Przyozdabiał złotem i jedwabiem swoje ściany, mościł coraz to wygodniejsze fotele, a ze sceny zdejmował wszelkie kło­potliwe czy trudne, wymagające wysiłku intelektualnego tematy. Aniśmy się spostrzegli, a już wkroczyliśmy razem z nim w epokę konsumpcji, ekspandującej na wszystkie niemal dziedziny naszego życia. Naturalnie, nie tylko za przyczyną teatru.

Z przerażeniem stwierdziliśmy, że ideolo­gia konsumpcyjna likwiduje w człowieku zdolność do oddawania się wielkim spra­wom i wielkim zadaniom; że likwiduje w nim gotowość do wyrzeczeń i ponoszenia ofiar. Niebezpieczeństwo konsumpcyjnego marazmu stało się dzisiaj obawą powsze­chną. Pocieszamy się wzajemnie, że nam – Polakom –  paraliż konsumpcyjny jeszcze nie zagraża, bo jesteśmy na dorobku. Obawiam się jednak, że takie myślenie prowadzi tylko do niebezpiecznego samouspokojenia. Bo może nie zdołamy się uwolnić od nacisku potrzeb niedostatku i nie przejdziemy tym samym – zgodnie z teorią Maslowa – do zaspokajania po­trzeb wyższego rzędu, potrzeb rozwoju.

Nie zapominajmy, że granica niedostat­ku ciągle przesuwa się wraz z rozwojem nauki, techniki i kultury. Osiągnięcia przo­dujących społeczeństw przenikają do świa­domości innych, stają się kuszącym drogowskazem. W dobie światowej ekspansji środków masowej komunikacji i informa­cji coraz trudniej o wstrzemięźliwość. Po­nieważ nie można ustalić sztywnego limi­tu potrzeb, zmuszeni jesteśmy przyjąć wy­zwanie. Problem polega na tym, by w tym wyścigu nie zabrnąć zbyt daleko i tym samym –  nie powtórzyć drogi konsum­pcyjnych społeczeństw Zachodu.

Bronimy się naszą ideologią. Wierzymy, że socjalizm uchroni nas przed nadmiernym rozbudzeniem apetytów. Nie wolno jednak zapominać, że niebezpieczeństwa tego nie likwiduje samo wypisanie na sztandarach socjalistycznych haseł. Dopie­ro pełne uświadomienie i ciągłe przeżywa­nie socjalistycznych treści przez całe spo­łeczeństwo może stać się skuteczną gwa­rancją realizacji takiej drogi życiowej, któ­ra nie prowadzi do konfliktów konsum­pcyjnych. Oznacza to, że musimy umieć i chcieć przekraczać ciągle zakres już osią­gniętej wygody w imię doskonalenia siebie i swego otoczenia. Nieustanne przekraczanie siebie – oto warunek, którego spełnie­nie oddala ponurą wizję, gdzie „słodkie życie” okazać się może bardzo gorzkie.

Czy coś z tego niepokoju można odna­leźć w propozycjach teatru instytucjonal­nego? Niestety, przeważająca część jego repertuaru – to pozycje, które nie mają ambicji stawiania społeczeństwu podo­bnych pytań. Nastąpiło niemal całkowite zawieszenie sporów ideowych. Tak, jakby wszystko już było załatwione.

Radovan Richta, rozważając perspekty­wy rewolucji naukowo-technicznej, prze­widuje, że jedną z jej konsekwencji bę­dzie ukształtowanie się społeczeństw w po­staci konfliktowych struktur, których za­sadniczą formą istnienia będą sprzeczność i dynamika, wzajemnie się warunkujące. Wiarygodną wydaje się także teza Richty, że w technicznie rozwiniętym społeczeń­stwie socjalistycznym nie należy spodzie­wać się wygaśnięcia sporów ideowych, lecz przeciwnie – ich zdecydowanego nasile­nia. Społeczeństwo przyszłości będzie się charakteryzowało ciągłym przekształca­niem i doskonaleniem swej struktury. Tak pojęty proces rozwoju i samoregulacji za­kładać musi – rzecz jasna – nieustanną aktywność jednostek i ich gotowość do od­ważnego porzucania zużywających się co­raz to szybciej struktur społecznych.

„Hipotetyczne kontury rewolucji naukowo-technicznej wskazują, że przyszła cywilizacja będzie odznaczać się nasileniem konfli­któw. Przezwyciężanie dysproporcji wyni­kających z ciągłych zmian bazy życiowej sta­nie  się  stałym udziałem każdego człowieka”[1].

Przyjmując prawdziwość powyższej pro­gnozy, jak również uświadamiając sobie nieco poważniej fakt, że niektóre wy­soko uprzemysłowione społeczeństwa wkraczają już obecnie w etap rewolucji naukowo-technicznej, winniśmy możliwie najszybciej uruchomić i w naszym społeczeństwie wszelkie dostępne kanały aktywizacji jednostek – po to, by w nad­chodzących wielkich przełomach ekonomiczno-społecznych nie znaleźć się na marginesie i w związku z tym nie przeżyć kolejnych niebezpiecznych napięć, prowa­dzących do kolejnych narodowych frustra­cji.

Jednym z ważniejszych kanałów akty­wizacji jest, jak wiadomo, sztuka – a więc i teatr. Myślę tu jednak nie o teatrze w ogóle, lecz o takim teatrze, który nie waha się przed wzięciem odpowiedzial­ności za miejsce i czas, w jakich działa. Myślę o teatrze, który swoim widzom pro­ponuje aktywne przymierze i wspólnie z nimi radzi nad niedoskonałością ludzkich konstrukcji. Myślę o teatrze, który powo­łuje wspólnotę. Wiąże się to z jego wyjś­ciem z kręgu dawno już skompromitowa­nych, choć ciągle jeszcze kultywowanych tradycji mieszczańskich. Wiąże się także z wyprowadzeniem teatru ze sterylnych, wyizolowanych z życia świątyń i wprowa­dzeniem go na powrót w świat codzien­nych, rzeczywistych potrzeb ludzkich. Są­dzę, że kryje się za tym równocześnie zwrot ku jego źródłom. Ku wspólnocie z widzem. Nowojorskie doświadczenia Pe­tera Schumanna, czy choćby próby André Benedetto, dowodnie wskazują, że wyjście teatru z zamkniętej, żyjącej tylko dla sie­bie enklawy i wejście w żywy strumień codzienności, a następnie – objęcie swą aktywnością środowiska, jest sporą szan­są powołania owej wspólnoty. Nie są to – rzecz jasna – przykłady jedyne.

Na gruncie polskim tendencje takie moż­na odnaleźć w działalności niektórych ze­społów studenckich. Podłożem dla teat­ralnej czy parateatralnej aktywności śro­dowiska studenckiego jest w pierwszym rzędzie potrzeba wypowiedzi. Potrzeba tym bardziej uświadamiana, im mniej wartoś­ciowy jest teatr poza środowiskiem. Kiedy, na dobrą sprawę, nie ma się w tym tea­trze z czym ani z kim identyfikować. Wra­stając w sferę wartości kulturowych, poszukujemy dokonań w jakiś sposób nam bliskich. Jeżeli nie znajdujemy ich, wów­czas albo obumieramy duchowo, albo – skoro nie chcemy się zgodzić na bezideową konsumpcję „wartości”, uczynnie nam podsuwanych – decydujemy się na dzia­łalność własną. Sądzę, że uwaga powyższa nie dotyczy wyłącznie teatru i środowiska studenckiego, ale odnosi się do wszelkich przejawów działalności kulturalnej społe­czeństwa.

Potrzeba wyrażenia siebie wobec in­nych: przekazania im własnych wątpli­wości, nadziei, marzeń. Ekspresja,  która sprawia, że czujemy się o wiele pewniej pośród ludzi, bo odnajdujemy różnorodne więzi z nimi. Przestajemy być anonimo­wymi, bezwolnymi figurami w obcej nam przestrzeni życiowej. Ekspresja jest egzy­stencjalną potrzebą człowieka; dzięki niej zaznaczamy własną odrębność przez umoc­nienie i rozwój życia podmiotowego. Wyrażenie siebie, ale jednocześnie poszuki­wanie więzi z innymi ludźmi na drodze nieustannego przekraczania własnej indy­widualności. Rozwijanie, doskonalenie sie­bie dla wspólnoty – po to, by stała się ona podstawą, dowartościowującą nasze życie indywidualne. Przeżywanie świata wspólnie z innymi nie likwiduje odpo­wiedzialności indywidualnej, przeciwnie, konstytuuje ją jako zasadniczą płaszczyznę realizacji wspólnoty. W tak pojętej wspól­nocie dostrzegam szansę likwidacji wielu przeciwieństw między ludźmi, które w konsekwencji prowadzą do różnorodnych napięć i zagrożeń. Widzę w niej siłę, która może pozwolić na osiągnięcie najbardziej odległych celów.

Myślę, że porozumienia ludzi, którzy nie mogą się zgodzić na zastany obraz świata, są wynikiem tej potrzeby. Niekiedy przyj­mują one formę teatru, traktowanego in­strumentalnie. Oznacza to, że teatr jest w tym przypadku przede wszystkim szyl­dem; w żadnym razie nie istnieje wyłącz­nie dla siebie. Jest miejscem stawiania autentycznych pytań; miejscem, które za­chowuje swą moc dotąd, dopóki ludzie z nim związani odczuwają niczym nieza­fałszowaną potrzebę kontynuowania swej działalności (przez zafałszowanie rozumiem tu na przykład potrzebę zarobkowania czy chęć specjalnej nobilitacji).

Przesłania i refleksje powyższe charak­teryzują w pewnym sensie zasadniczy ze­spół problemów, które próbujemy rozwią­zywać na scenie łódzkiego Teatru 77. Co nas najbardziej zajmuje obecnie? Gdyby trzeba było to jakoś krótko nazwać, po­wiedziałbym: przejście od teatru do nie-teatru. Do rzeczywistości. Prawdę mó­wiąc, rozmyślamy nad tym niemal od początku naszej działalności. Jak sprawić, by dyskusje, zapoczątkowane w teatrze, były i poza nim kontynuowane i, co ważniej­sze, by w rezultacie ulepszały rzeczywi­stość? Jak przedłużyć porozumienie osiąg­nięte z widzem-uczestnikiem w trakcie spotkania o charakterze teatralnym, by obowiązywało go ono w życiu? Jak uzy­skać kontrolę nad tym procesem? Czy teatr jest skutecznym instrumentem oddziaływania na ludzi, których do siebie zaprasza? Czy jest może tylko przelotnym wrażeniem, które do niczego nie zobo­wiązuje?

Nie są to oczywiście wszystkie pytania, którym poświęcamy uwagę. Wymieniłem je tutaj obok siebie, bowiem stanowią pe­wien ciąg problemowy, odtwarzając kie­runek dyskusji i będących jej wynikiem działań, które bądź już podjęliśmy w Teatrze 77, bądź podejmiemy w bliskiej przyszłości. Pytania o skuteczność teatru, o skuteczność naszych wysiłków, są w pewnym  sensie refleksem  „Tryptyku”.

Kiedy organizowaliśmy „Koło czy tryp­tyk” (1971), byliśmy przekonani, że bliskie, wręcz intymne porozumienie, jakie często udawało nam się osiągnąć w wyniku prze­istoczenia widza w naturalnego uczest­nika tej wypowiedzi teatralnej, będzie dla nas wystarczającą gwarancją przedłużenia zobowiązań z teatru na przyszłość. Ten publiczny rachunek sumienia, wieńczony krótkim, ale jakże wymownie odwzajem­nianym uściskiem rąk, był dla nas wówczas niemal absolutnym spełnieniem. Spla­tając dłonie z nieznanymi sobie ludźmi, czuliśmy, że teatr przestawał być teatrem, że stawał się niezwykle ważnym fragmen­tem życia.

A potem, kiedy zostawaliśmy sami, ro­dziło się natrętne pytanie: jak długo uścisk ten będzie obowiązywał w życiu? Niepokój ten podyktował następne pytania. Zaczy­nało dojrzewać najpierw przeczucie, a z czasem postanowienie, by się przypomnieć uczestnikom naszych spotkań teatralnych – po teatrze. Rzecz jasna, nie zrezygno­waliśmy z teatru i pewnie nieprędko jesz­cze zrezygnujemy. Jest zbyt wspaniałym miejscem spotkań. Chcemy go jednak traktować już nieco inaczej.

Pragniemy, aby stał się terenem, na któ­rym tylko inicjuje się działania już poza teatralne, korespondujące z pytaniami, po­stawionymi przez teatr. Rzeczą teatru by­łoby tworzenie odpowiedniej sytuacji, w której ludzie mogliby się łatwiej otwierać wobec siebie. Bez otwarcia się wobec sie­bie i bycia ze sobą do końca niemożliwe wydaje mi się jakiekolwiek trwalsze po­rozumienie, zwłaszcza takie, które miałoby w założeniu wykraczać poza rzeczywistość teatralną. Wiemy, jak trudno jest prze­niknąć przez nasze bariery ochronne. Jednak z dotychczasowej praktyki wynieśliś­my doświadczenie, że ilekroć potrafiliśmy być szczerzy do końca wobec siebie i tych, których zapraszaliśmy do naszego teatru, tylekroć ocieraliśmy się o granicę poro­zumienia. Niektóre spotkania zamykające „Retrospektywę” (1973) także potwierdzają słuszność tego doświadczenia.

Jak sobie wyobrażamy powrót do spraw z teatru po teatrze? Możliwości jest wiele. Między innymi myślimy o podjęciu kon­kretnych akcji, których zadaniem byłoby obudzenie dyskusji społecznej wokół spraw i problemów nie zawsze właściwie roz­wiązywanych w naszym środowisku, mieś­cie czy społeczeństwie. Poprzez specyficz­nie pojętą demonstrację pozateatralną chcielibyśmy nie tyle bulwersować społe­czeństwo, ile raczej skłaniać je do zajęcia jakiegoś wyraźniejszego stanowiska wobec poruszanego problemu. Do działań tych zaprosimy także naszych widzów. Nie tyl­ko po to, by zweryfikować rzetelność skła­danych przez nich wstępnie deklaracji o gotowości do współpracy, i tym samym – by przekonać się, na ile porozumienie osiągnięte w teatrze okazuje się trwałe. Przede wszystkim po to, by wspólnie z nimi coś załatwić. Dlatego właśnie prowadzimy ewidencję osób biorących udział w „Retrospektywie”. Nie mamy żadnej pewności, że to wszystko się powiedzie, ale zapewne nie wybaczylibyśmy sobie ni­gdy rezygnacji z takiej próby.

Cała ta sprawa teatru, który winien zmierzać do nie-teatru, czyli do rzeczy­wistości, wymaga traktowania widza jako uczestnika, a z czasem nawet – jako peł­noprawnego współrealizatora teatru. Tak też staramy się naszych widzów traktować. Proponujemy im aktywność w miejsce gnuśnego popatrywania. Nie wykluczone, że w niedalekiej przyszłości postawimy ich nie tylko wobec konieczności wyboru wła­snej drogi poprzez przygotowaną przez nas strukturę teatralną, ale także wobec moż­liwości współtworzenia tego teatru wspól­nie z nami. Byłby to zarazem sposób na wniesienie do teatru autentycznych trosk i niepokojów, które przeżywają ludzie. W czasach uniformizacji zainteresowań, myślenia i wrażliwości takie przymierze wydaje się nam szansą ozdrowieńczej eks­presji.

„Dialog” 1974 nr 9



[1] Radovan Richta i inni, „Cywilizacja na rozdrożu”, KiW, Warszawa 1971.

[ © 2008 INSTYTUT TEATRALNY IM. ZBIGNIEWA RASZEWSKIEGO

[ projekt strony: mg85 i tokyo